Piwo z żółcią bydlęcą? Podróbki, które pchamy do gardeł

Każdy chciałby odżywiać się zdrowo, choć nie każdy się stara. Nie starają się też producenci. W ramach niedzielnego chill outu postanowiłam poszukać wszelkich informacji na temat oszukanych towarów, którzy czają się na sklepowych półkach. Skupię się na tych, które najbardziej mnie zdruzgotały. Jeśli znacie jakieś inne bolesne przypadki, podzielcie się swoją wiedzą.

Wszyscy wiedzą, że wędliny i parówki mogą być totalnym ścierwem z mnóstwem glutaminianu sodu, mięsem oddzielonym mechanicznie i
mielonymi kopytami. Z kilograma mięsa z szynki wieprzowej można zrobić aż 5 kilogramów wędliny sprzedawanej potem jako szynka! Wędzonki też często bywają na bakier z prawem. Ich rudy kolorek to zasługa bejcy, a nie wędzarni. Bejcą jest koncentrat dymu wędzarniczego (cały skład: sól, wzmacniacz smaku E621, mąka sojowa jako nośnik, aromat, stabilizator E420) jedyne 3 zł za 50 gram, przy wydajności 1 gram na 1 kilogram masy lub wody.

Wild-Boar-Terrine-final-REN_21Wyrafinowany pasztet z dzika może nie mieć nic wspólnego z dziczyzną i być mieszanką zmielonego mięsa drobiowego z przyprawowo-chemiczną wkładką. Inne pasztety też mają nieźle namieszane w puszkach. Czasami zamiast mięsa mają soję (np. GMO). Ale to, że w konserwie mięsnej może nie być ani grama dobrego mięsa zbiło mnie z nóg. Czym faszeruje się puszki? Są w nich np. mielone odpady poubojowe, pulpa mięsna IV gatunku i spora dawka żelatyny z chemią.

Okazuje się, że krążki kalmarowe bywają pokrojonymi odbytnicami świńskimi. Idealna przekąska do piwa – dupa knura. Samo piwo, o zgrozo, może być mieszanką alkoholu ze słodzoną wodą. Skąd goryczka? To dodatek sproszkowanej żółci bydlęcej. Często są to piwa podrobione, które wyglądają jakby wyprodukował je znany browar. Ale i znani mają swoje za uszami. Twierdzą np. że ważą tradycyjnymi metodami z najlepszych składników, a ważą nowoczesnymi metodami przemysłowymi z tego towaru, który jest powszechny (a więc i tani) na rynku.

Moi rodzice nie spodziewali się, że wyroby czekoladopodobne wrócą na półki. A jednak. Wiele deserów czekoladowych nie ma w sobie grama czekolady. Co ósmy wyrób czekoladowy w Polsce budzi zastrzeżenia Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Podrabianie czekoladek renomowanych firm też nie jest nowością. Podrabiane produkty są gorszej jakości i mają w sobie więcej chemii.

Podrabia się też tak wydawałoby się podstawowe produkty jak mleko (krowie doprawiane jest tłuszczem roślinnym, a kozie bywa tak naprawdę krowim) czy śmietana. Ta ostatnia swój kwaskowy smak może zawdzięczać nie naturalnemu procesowi fermentacji mlekowej, a np. kwaskowi cytrynowemu. Zagęszcza się ją też żelatynę wieprzową, mączką chleba świętojańskiego, pektyną i gumą guar. Mniam!

Jednym z najczęściej podrabianych produktów jest też poczciwy razowiec. Chleb razowy robi się z ok. 70% mąki żytniej, 30% mąki pszennej, wody, drożdży, kwasu chlebowego i soli. W podróbkach mąki żytniej czasami nie ma w ogóle, a odpowiednią barwę uzyskuje się barwiąc go palonym cukrem, słodem lub aromatyzowanym ściemniaczem. Czasami nie używa się nawet drożdży, a spulchniacze i chemiczne środki, które wspomagają wzrost ciasta.

Jajek w proszku na szczęście nie używamy w naszych domowych kuchniach, ale używają ich piekarze, cukiernicy i inni producenci żywności. A czym może być jajko w proszku? Sproszkowanymi rybimi odpadkami pozostałymi po produkcji konserw lub kostek rybnych, które dla niepoznaki barwi się kurkumą (albo, co gorsza, jakimś chemicznym świństwem).

Ok, a teraz hit. Co powiecie na plastikowy ryż? Chiny największy producent naturalnego ryżu, ale też kraj specjalizujący się w podróbkach, opracował technologię produkcji kłamliwego ryżu. Imitacja składa się z dwóch odmian ziemniaków oraz przemysłowego plastiku. Według Stowarzyszenia Chińskich Restauracji spożycie 3 porcji takiego specjału to jak wszamanie jednej reklamówki.

Rynek dostarcza ogromu informacji, trudno czytać wszystkie etykiety, a jeszcze trudniej sięgać po towary ekologiczne (dostępność, cena, ściema). Zresztą marketingowcy potrafią sprzedać wszystko w takim opakowaniu i z taką historią, że konsument może już tylko poddać się i złożyć broń. Szkoda, że państwo nie wspiera jakości i nie ustala norm, które mogłyby ograniczyć produkcję żywnościowej ściemy. Brak regulacji prawnych na rynku przetworów mięsnych to tylko szczyt góry lodowej.

Przydałaby się też szersza edukacja, bo przecież nie każdy wie, że jeśli na opakowaniu sera żółtego nie ma nazwy ser, to nawet towar o nazwie „Gouda Premium” jest tylko wyrobem seropodobnym. To samo dotyczy soku, jeśli na kartoniku nie pada słowo „sok”, można mieć pewność, że ma się do czynienia z podejrzaną mieszanką. W miarę możliwości warto sprawdzać etykiety, choć i na nich jest wiele kłamstw lub niedopowiedzeń.

Osobiście polecam wyjazdy na wieś i zaopatrywanie się u lokalnych, małych producentów. Natomiast jeśli ufasz jakiejś marce z popularnych targów śniadaniowych, w ramach rozrywki i edukacji zapytaj, czy możesz odwiedzić miejsce produkcji. Uczciwi nie powinni mieć nic przeciwko.

Źródła: 1, 2, 3 (to wideo zniechęciło mnie do sklepowego drobiu), 4, 5.

 

To, co chcesz wiedzieć o chodzeniu, by nie męczyć się bieganiem

 

spacer

Jak zawsze po weekendzie w rodzinnych stronach żal wracać do miasta. Tam przestrzeń wydaje się nieskończona, a powietrze krystaliczne. Wędrowanie przez pola, łąki, lasy jest równie wyzwalające latem, jak i zimą. Niektórzy nazywają to po prostu chodzeniem, inni łazęgą jeszcze inni – z angielska – wilderness walk.

Rzecz polega na tym, by przedzierać się przez dzicz, nie chodzić drogami, a nawet utartymi ścieżkami. Bez słuchawek w uszach – tak, by w pełni doświadczać, słuchać tętna natury. To psychoterapia, czas na autorefleksję, ale też przemyślenie wielu problemów na spokojnie. Celem może być sama podróż. 

W wędrówce jest żądza poznania. Żądza, która prowadziła badaczy Czerskiego i Czekanowskiego przez Syberię, a jeszcze wcześniej żeglarza Vasco da Gamę przez oceany. W odróżnieniu od wielu innych żądz, ta wymaga cierpliwości, hartu ducha, niezłomności. A jej owocem jest ogrom satysfakcji. Zmęczenie wynikające z wielogodzinnej łazęgi jest niezwykle nagradzające – endorphins boost gwarantowany.

Ale abstrahując od potrzeby odkrywania nowego czy też od chęci testowania własnej wytrzymałości, wilderness walk jest moją odpowiedzią na powszechne bieganie. Chodzenie różni się od biegania diametralnie, m.in. tym, że celem wędrówki może być nie tylko wyżycie się i odstresowanie, ale też rozmowa z drugą osobą, nawiązanie więzi.

Przy szybszym biegu trudno powiedzieć choćby jedno dłuższe zdanie. Pogłębiona rozmowa nie wchodzi w rachubę. Dlatego też uważam, że bieganie to super sport dla pseudoprzyjaciółek, które spędzają razem czas tak, by nie musieć ze sobą dłużej rozmawiać.

Dla samotników celem może być też upolowanie pięknych zdjęć. W czasie biegu aparat przeszkadza, obija się i może wypaść lub uszkodzić. W czasie marszu wszytko jest pod kontrolą. Na każde dłuższe wyjście w plener zabieram aparat – kto wie, może przytrafi się chwila godna uwiecznienia. Zaletą chodzenia jest też to, że jest cichsze niż bieganie. Można liczyć na uchwycenie stada łań, a nawet pięknego jelonka.

Ludzie oszaleli na punkcie biegania – niektórzy dosłownie. Biegają chorobliwie, bo nie znają innych metod walki ze stresem. Biegają jakby gonieni modą, bo znajomi biegają, bo szef biega, bo wypada od czasu do czasu wziąć udział w maratonie… I wrzucają te trasy z Endomondo na fejsa. I kupują drogie buty do biegania, bo po pierwszym biegu bolały kostki, kolana i biodra… Ale oficjalnie – dobre buty = lepsze rezultaty. Przecież to nie honor przyznać się do słabości.

A każdy ortopeda powie, że aby biegać trzeba mieć porządne chrząstki i dobre smarowanie. Jak to zweryfikować? Chrząstki widać na zdjęciu rentgenowskim, a braki smarowania można odkryć samodzielnie – wystarczy iść na 3-godzinny spacer. Jeśli w jego trakcie lub pod koniec czujesz tarcie w stawach biodrowych, sorry – zacznij od 30 minutowych spacerów. Być może z czasem pobudzisz organizm do produkcji mazi stawowej, by móc chodzić na dłuższe dystanse. Ale o bieganiu raczej zapomnij.

Wszystkim, którzy wolą (lub muszą woleć) mniej intensywny wysiłek polecam po prostu chodzenie! Nie trzeba chodzić przez kilka godzin, żeby poprawić sobie zdrowie i nastrój. Czy wiecie, że wystarczy 30 min dynamicznego spaceru dziennie, by utrzymać organizm w dobrym stanie? Co więcej, regularne marsze:

  • wzmacniają kości
  • poprawiają krążenie
  • wspomagają mięsień sercowy
  • przeciwdziałają chorobom oczu (w tym jaskrze)
  • utrzymują mózg w dobrej kondycji (hamują jego obkurczanie się na starość)

Naukowcy doszukali się też różnic w chodzeniu pod górę i z górki. W pierwszym wariancie wzmacniamy serce i szybciej spalamy tłuszcz. W drugim regulujemy poziom cukru we krwi i usuwamy z organizmu zły cholesterol.

Na podstawie badań można wywnioskować, że 30 minutowa przechadzka dziennie zmniejsza ryzyko:

  • udaru30% (wg Stroke Association)
  • cukrzycy o 60% (wg Walking For Health)
  • raka jelita grubego o 20% (wg Walking For Health)
  • demencji o 40% (wg Age UK)
  • depresji o 80% (wg Mind)

Przypomniał mi się jeden z wykładów TED, w którym prelegent opowiadał o badaniach nad długowiecznością (kliknij i obejrzyj całość). Wnioski były proste, jednym z nich było to, że społeczności, których członkowie żyli najdłużej, wyróżniają się codzienną aktywnością zaklętą w zwykłych obowiązkach. Dlatego może warto iść do sklepu, zamiast do niego jechać lub wysiąść przystanek wcześniej i zrobić sobie przed pracą mały spacer. Taka inwestycja w siebie zwraca się nie tylko na starość! Jej pozytywne rezultaty można dostrzec już po tygodniu.

A na koniec trochę humoru. Według jednej z fantastycznych amerykańskich standupistek Ilizy Shlesinger większość kobiet twierdzi, że lubi hiking (piesze wycieczki), ponieważ… zobaczcie sami (3 min):