Czytanie jest jak jazda konna

Wyczytałam dziś w „Wyborczej„, że czytanie książek staje się takim samym wyznacznikiem wysokiego statusu jak picie drogiego wina czy jazda konna. Oznacza to, że aktywnymi czytelnikami są przeważnie osoby o wyższym statusie majątkowym. Zabawne, że ta „aktywność” to min. 7 książek rocznie, czyli mniej niż jedna książka miesięcznie.

Teorię o korelacji majętności z czytaniem książek potwierdzają też statystyki dotyczące wykształcenia czytelników. Najchętniej po książki sięgają osoby po wyższych studiach znające przynajmniej jeden język obcy. Na drugim biegunie znajdują się natomiast absolwenci zawodówek.

Okazało się też, że osoby intensywnie czytające najczęściej sięgają po literaturę, która rozwija wyobraźnię, czyli fantasy, science fiction, thrillery, romanse. To zupełnie nie pasuje do mojego profilu czytelniczego.

Osobiście wybieram literaturę faktu i reportaże. Swego czasu za jednym podejściem przeczytałam zbiór reportaży „Kiedy Kirgiz schodzi z konia” Kapuścińskiego (gorąco polecam!). Podejście miało miejsce w księgarni. Przeczytałam całą książkę, stojąc jak kołek przy regale. Koszt 0 zł.

Wracając jednak do statystyk – 6 mln Polaków nie czyta w ogóle. To znaczy nie miało do czynienia ani z książką, ani z gazetą, ani nawet dłuższym fragmentem tekstu. Większość czyta wtedy kiedy musi, przeważnie fragmenty.

Swoją drogą wydaje mi się, że duża zasługa podręczników szkolnych, w których publikowane są rzeczone fragmenty. Już za moich czasów nie trzeba było czytać całego „Pana Tadeusza”. A ja „głupia” przeczytałam nawet XIII księgę. Tak jak i „Buszującego w zbożu”. Nota bene ta ostatnia pozycja w ogóle nie przypadła mi do gustu*. Ale też o to chodzi – trzeba czytać jak najwięcej, by mieć szansę wyrobić swój własny gust. Moją tezę o ogłupiających podręcznikach potwierdza też sam raport (btw. łatwo zapamiętać, bo się rymuje :)):

„Instytucje edukacyjne nie tworzą trwałych podstaw tego, co moglibyśmy określić mianem czytelniczego superego”.

Z ciekawszych liczb – 10% z tych, którzy nie czytają kupuje książki innym. Przeważnie na prezent – dziecku czy znajomemu to nie ma znaczenia. Ja też dziś kupiłam książkę – typową jak dla mnie, czyli zero fikcji. To mały podręcznik savoir-vivre, który zamierzam dołączyć do prezentu dla przyjaciółki. Oczywiście jak to ja… najpierw sama go przejrzę (na przeczytanie niestety nie będzie chyba czasu). A prezent? Bilety do teatru na „Czechow się śmieje” w teatrze 6. Piętro. Czy warto na to iść? Dam znać za parę dni.

*A może byłam za młoda, by w pełni zrozumieć tę książkę. Może wrócę do tego nieszczęsnego „Buszującego” i odkryję go na nowo. Ktoś poleca tę pozycję? Co ciekawe, w zakamarkach mojej pamięci zostało tylko to, że główny bohater miał problem z wypryskami na twarzy. Jak w amerykańskiej komedii – jak nie o pierdach, to o pryszczach. Bleah!

Reklamy