Spektakle bez cenzury… Jeszcze bez cenzury

Dawno już nie pisałam o teatrach… Czas to nadrobić. W ostatnich miesiącach byłam na dwóch mocnych, kontrowersyjnych sztukach. Tak kontrowersyjnych, że minister Gliński dawno zakazałby ich wystawiania, gdyby wiedział, co się tam na scenie wyprawia. 

Pod koniec ubiegłego roku wybrałam się na „Skazę” do Syreny, a całkiem niedawno na „Białe małżeństwo” do Teatru Narodowego. Nie będę spojlerować – a nóż widelec ktoś się skusi na takie przeżycia. Napiszę tylko, że oba dramaty były przesiąknięte seksem i poważnymi problemami rodzinnymi. Były rozterki i kłamstwa… Erotyczne obrazy, dźwięki, podteksty, ruchy, słowa… Trochę golizny. Trochę dewiacji. Trochę Różewicza jakiego nie znamy… Ot, takie tam życie przeciętnego człowieka 😉

Miło było oglądać solidne aktorstwo w „Skazie” – Jacka Poniedziałka, w „Białym…” Olszówki, Zamachowskiego… i innych, bo tam wszyscy byli świetni. Nawet młodzieżówka pokazała niezły warsztat. W zasadzie nie ma na co narzekać. Nie ma czego hejtować i krytykować. Wyszłam z seansu wstrząśnięta, zmieszana, zaskoczona, zamyślona, rozbawiona i zasmucona jednocześnie. Ostrzegam, że to mocny koks. Jeśli ktoś uwielbia klasyczne radosne komedie w 6.piętrze, lepiej niech tam nie idzie. Ja, mimo dość dobrego oswojenia z tego rodzaju sztukami, wyszłam bardzo patriotyczna – zaczerwieniona i biała jednocześnie.

A ileż było potem rozmów… Ileż pytań… Dobrze, że na obie sztuki poszłam z przyjaciółkami i mogłyśmy potem spuścić z ciebie trochę ciśnienia. Obawiam się, że te sztuki to nie jest dobry pomysł na pierwsza, drugą i trzecią randkę. Chyba, że chodzi o randki z prawdziwym, żywym, krwistym teatrem. Bo to nie były spektakle medium rare. Właśnie to lubię najbardziej w teatrze – moc przekazu. Nic jej nie dorówna. Żaden Hobbit, żaden Deadpool, a nawet żaden Macierewicz. Mocna sztuka bierze się z człowiekiem za bary, wchodzi do głowy, wymaga wysiłku interpretacyjnego, uwagi, myśli i słowa. Czasami nawet butelki wina tuż po. Polecam 🙂

IMKA – dobry teatr

Ponoć wszystko, co dobre kiedyś się kończy. IMKA boryka się z problemami finansowymi. Sponsorzy wycofali się, więc teatr ma problemy ze spłatą zobowiązań, wrześniowe spektakle odwołano. IMKA to teatr Tomasza Karolaka, a zarazem jedna z kilku prywatnych scen w Warszawie obok teatrów Polonia, Och-Teatr, Kamienicy i Teatru 6. Piętro. Szkoda, że teraz, gdy już odkryłam IMKĘ dla siebie, jej los wisi na włosku.

Plotka głosi, że sponsorzy wycofali się po tym, jak Karolak udzielił wywiadu prawicowemu tytułowi „W sieci”, w którym przeprosił Dudę za wcześniejszą szczerość. Szczerze? Mi też nie przypadło to do gustu. Ale żeby z tego powodu zabijać teatr? Do tego taki dobry teatr!? To się w głowie nie mieści. Jak dla mnie Karolak może być radykalnym islamistą, ultrasem Legii, a nawet koleżanką posłanki Pawłowicz. Ale póki serwował teatr na dobrym poziomie, powinien być chroniony przez media na takiej samej zasadzie jak dolina Rospudy. Polityka jest brudna, niegodna ludzi sztuki. I tak samo dotyczy to liberalnego Karolaka, jak i fanatyczno-prawicowego Zelnika.

henryk-sienkiewicz-greatest-hits_209x297_514

Na scenie przy Konopnickiej obejrzałam sztukę Krzysztofa Materny „Henryk Sienkiewicz. Greatest hits” i bawiłam się świetnie, a zarazem na poziomie godnym współczesnego człowieka. Bo po dziurki w nosie mam klasyki, w teatrze szukam czegoś bliższego, dlatego uwielbiam „Kalinę” czy „Boską” w Polonii.

W IMCE byłam już jakiś czas temu, ale rolę (a właściwie role) Olgi Bołądź pamiętam do dzisiaj. To wyjątkowo magnetyczna aktorka. Kłosiński też na wysokim poziomie. Boczarska też. Sam Karolak był zaskoczeniem na miarę domowej drożdżówki. Zachwycił też humor z odrobiną sarkazmu i frywolna lekkość bytu całej formuły spektaklu. Nie będę pisała peanów. Po prostu jeśli jakimś cudem ta sztuka wróci na afisz (ten czy inny), polecam obejrzeć.

W teatrze IMKA grają naprawdę znakomici aktorzy, a nie lalki z telenowel. Czuć tam autentyzm – którego nie czuć np. w 6. Piętrze. Nie chcę pisać o IMCE w czasie przeszłym. Tak bardzo nie chcę. I wiem, że widziałam tylko jeden spektakl, i być może reszta była do kitu, ale naprawdę lepiej zniosłabym upadek teatru Żebrowskiego, choć byłam w nim pewnie z 5 razy.

Uwaga na niewypały w teatrze Komedia

Są sztuki teatralne, które zbierają owacje na stojąco, choć aż żal klaskać. W warszawskim teatrze Komedia mogłam się o tym przekonać na własnej skórze. W jego repertuarze nadziałam się na niewypały, które pozbawiły mnie zaufania dla tej instytucji, trochę na wyrost zwanej instytucją kultury.

Tak, to Komedia jest tym trzecim teatrem, o którym wspominałam w poprzednim kulturalnym wpisie (kliknij i podejrzyj sztuki, które polecam). 

W ostatnich miesiącach byłam tam dwa razy. Do tej pory miałam dobre wspomnienia, bo byłam m.in. na „Dziewczynach z kalendarza”, a to bardzo pozytywne doświadczenie. Świetna obsada, doskonała historia, trochę humoru, trochę powagi – wszystko, czym powinien charakteryzować się świetny spektakl. Jeśli wróci do repertuaru, warto na niego iść.

Niestety na afiszu od dłuższego czasu króluje „Zorro”. Jeśli premiera była na początku listopada 2013 roku i od tego czasu w każdym sezonie (10 msc) granym był 4 razy w miesiącu, okazuje się, że na scenie wystawiono go około 50 razy. Na sali mieści się około 160 osób. Zakładając min. 100 osób na spektakl, „Zorro” widziało przynajmniej 5000 osób. To 5000 ludzi skrzywdzonych przez ten teatr.  teatr_komedia_zorro_1

Ten musical jest słaby w każdym calu. W żadnej mierze nie wzrusza, a nawet nie śmieszy. Jedyny aktor, który według mnie się jako tako broni to odtwórca roli Garcii (Robert Ostolski).

Reszta dno, dno, dno. Partie śpiewane były okropne. Fałsz słał się na scenie niczym trupy w „Rambo”. Kostiumy wiały bazarkiem – jeśli nie były tanie, to teatr mocno przepłacił. Do tego mała scena teatru nie pomaga w wykreowaniu jakiegokolwiek rozmachu, którego temat Zorro wymaga.

Na koniec były owacje na stojąco. Tłum szalał z zachwytu. Do dziś nie wiem dlaczego… Może na widowni było dużo nietrzeźwych osób. Albo widzowie sporadyczni, którzy jarają się każdym przejawem sztuki, nawet kiepskim, bo w teatrze bywają raz na ruski rok. Albo widzowie, którzy na co dzień zachwycają się serialami TVP. Żeby nie było – nie mam nic przeciwko komukolwiek, kto się na tej sztuce dobrze bawił. Po prostu moim zdaniem, owacje na stojąco były nagrodą niewspółmierną do zasług.

Zajrzałam na oficjalną stronę „Zorra”… Zdjęcie reżysera mówi samo za siebie (zobaczcie). W środowisku, w którym dzieli się ludzi na gości i frajerów, byłby pewnie gościem. Błagam ludzie, nie idźcie na reżyserowaną przez tego pana sztukę. Każde pieniądze wydane na bilety lepiej zainwestować w DVD z Banderasem.

Ale chciałam dać Komedii drugą szansę. Poszłam na „Ostrą jazdę”. Było lepiej, ale nadal poniżej oczekiwań. Historia jest dość ciekawa i zabawna, ale ostraaktorsko szału nie było. Miałam wręcz wrażenie, że najmocniejszy w całym składzie Baka, grał jakby od niechcenia, bo wiedział z jakim aktorstwem kolegów i koleżanek ma do czynienia. Całość miała chwile lepsze (z Baką) i gorsze (bez Baki).

Tym razem na widowni na pewno siedziało sporo nietrzeźwych osób (wyjście integracyjne z jakiejś firmy). Ale nie tylko one wstały, by oklaskiwać aktorów na stojąco. Zastanawia mnie dlaczego? Przecież to nie była sztuka warta oklasków na stojąco. Mało tego, wydaje mi się, że sami aktorzy wiedzieli, że to nie jest spektakl godny owacji.

Może się nie znam, może jestem ciemną masą, która nie docenia sztuki… Czy ktoś z Was był na tych spektaklach i może ocenić, czy były warte owacji na stojąco? Jaki fenomen za tym tkwi? Dlaczego Czechowa w 6.piętrze nie oklaskiwano tak gorąco, jak przaśnego „Zorro”? Dlaczego teatr wciska widzom słabo grane sztuki? Przecież to ma być wysoka kultura! Przecież teatry powinny podnosić poziom kulturalnego wyrobienia Polaków, a nie obniżać go do poziomu telenoweli.

Po tych dwóch przygodach z teatrem Komedia boję się inwestować w bilety. A szkoda. Szkoda, że tak trudno o dobrą rozrywkę, która będzie zabawna wtedy, kiedy trzeba, a nie śmieszna w każdym calu.

Trzy razy robiłam to w teatrze, czwarty raz nie – i żałuję!

W ostatnich miesiącach byłam na 4 znakomitych sztukach w 2 warszawskich teatrach. Byłam jeszcze w trzecim, ale to jest temat na oddzielny post. Wybieram raczej sztuki rozluźniające, bo żeby obejrzeć tragedię wystarczy włączyć TV. Poza tym lubię oglądać aktorów, którzy nie mają do dyspozycji dubli i czasami po prostu sami pękają ze śmiechu. To ich jakoś uczłowiecza i pozwala współodczuwać komizm sytuacji.

Nie będę uciekać się do inteligenckich wynurzeń, po prostu w około 100 słowach postaram się określić mój stosunek do każdej z nich. Kolejność numerów jest przypadkowo nieprzypadkowa. Jeśli ktokolwiek ma podobne odczucia, niech da znać 🙂 W końcu „W kupie siła” jak twierdził Zagłoba.

TEATR NR 1 – POLONIAboska

SZTUKA NR 1 – „BOSKA” 
Obsada: Krystyna Janda, Maciej Stuhr, Wiktor Zborowski, Anna Iberszer, Krystyna Tkacz, Ewa Telega

Jeśli ktoś jeszcze nie widział Jandy w komedii, musi to nadrobić. Jestem w stanie uwierzyć, że ta znakomita aktorka bywa właśnie taka – radośnie przaśna, niefrasobliwa, z lekkim kręćkiem na swoim punkcie. A jeśli już utożsamia się aktora teatralnego z postacią, to już bardzo dobrze o nim świadczy.

Stuhr… Ok. Ale nie podzielałam entuzjazmu fanek, które piszczały na jego widok. Nic szczególnego nie zaprezentował, ale też nie miał na to przestrzeni. Janda zabrała mu każdą scenę.

To, co mi się ewidentnie nie podobało to materiały wideo, które wplatane były między sety scen. Ogólnie 4,5/5. 0,5 za kostium anioła. Na koniec lud powstał. Zasłużone standing ovation. Klaskałam do czerwoności dłoni.

SZTUKA NR 2 – „KLAPS! 50 TWARZY GREYA” klaps
Obsada: Magdalena Lamparska, Marta Walesiak, Mateusz Damięcki

Świetna parodia. Uśmiałam się do łez. Była nawiązania też do innych klasyków gatunku, w tym „Zmierzchu”. Nie czytam takiej literatury, ale i tak bawiłam się jak nigdy, więc polecam to nie tylko czytelnikom, ale też kontestatorom romansów.

To jedna z tych sztuk, które miały świetny tekst, więc aktorzy po prostu nie mogli tego spieprzyć. Wszystko było przemyślane. Finał przesłodki. Do tego w międzyczasie publiczność też miała coś do powiedzenia. I też tego nie spieprzyła.

Zdecydowanie must see, 5/5. Na koniec owacje na stojąco. Klaskałam z takim zacięciem z jakim Grey rozdawał klapsy. Btw. pupa Damięckiego grała zarówno w kostiumie, jak i bez…

TEATR NR 2 – TEATR 6.PIĘTRO

SZTUKA NR 3 – „FREDRO DLA DOROSŁYCH–MĘŻÓW I ŻON”
Obsada: Jolanta Fraszyńska, Weronika Książkiewicz, Konrad Darocha, Michał Żebrowski

Powiało klasyczną nudą. Pierwszy akt strasznie naiwny – przypomniały się czasy szkolne i spektakle lekturowe. Drugi akt ratował sytuację, i na ten drugi akt warto iść. Punkt kulminacyjny był zacny, a finałową piosenkę śpiewałam potem w aucie.

Żebrowski nie przekonał mnie do roli zdradzającego męża. Ten drugi facet w ogóle sobie nie radził. Blondynka jako tako. Fraszyńska – bardzo dobra. Uwielbiam ją jeszcze bardziej.

Lekko. Prosto. Przyjemnie. Nic ambitnego. Nic, co zasługiwałoby na owacje gorętsze niż dla wyżej opisanych spektakli. Wręcz preferowałabym oklaski na siedząco. A jednak stanęłam razem ze wszystkimi i klaskałam indywidualnie – tylko dla Fraszki.

O fenomenie takich owacji napiszę innym razem (przy okazji omawiania wizyt we wspominanym na początku teatrze nr 3.)

SZTUKA NR 4 – „CZECHOW ŻARTUJE!”
Obsada: Anna Dereszowska, Andrzej Grabowski, Wojciech Malajkat

Czechow według Korina przywrócił mi wiarę w znakomitą komedię i grę aktorską. Ta sztuka nie miała słabych punktów. Złożona z kilku jednoaktówek tworzyła słodko-gorzką całość. Miejscami komedia, czasami tragedia. Żonglowała uczuciami, wrażeniami. Zbijała z tropu. Budziła emocje.

Aktorsko – bardzo mocna. Grabowski grał kultowo (oceniać go to jakby gwałcić przyzwoitość), a Dereszowska na najwyższym poziomie. Malajkat totalnie mnie zaskoczył. Jego role były najbardziej różnorodne, więc przeistaczanie się robiło duże wrażenie. Raz lowelas, raz butny oficer, raz niewydarzony absztyfikant, raz ujmująca jąkała.

Gorących braw nie było. Nie wstałam – przepraszam. Bardzo tego żałuję. Niestety nie mam w sobie odwagi, by porwać za sobą tłumy. Tym bardziej, że tłumy zaczęły wychodzić, zanim aktorzy ukłonili się pierwszy raz. Wstyd i hańba.

Robiłam to trzy razy. Za czwartym razem owacje na stojąco musiałam sobie wyobrazić.